Mocne uderzenie?

Long live the rock & roll!



24 marca 1959 roku. 55 lat temu. Narodziny polskiego rock’n’rolla.
Gdańsk. Klub „Rudy Kot”. Pierwszy koncert zespołu „Rhythm and Blues”. Wokalistą jest student Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Sopocie, Bogusław Wyrobek. Jedynym nagłośnieniem jest 15-watowy wzmacniacz z głośnikiem, wymontowany z radzieckiego radia „Dniepr”. Do gitary basowej struny „pożyczono” od fortepianu. W programie – wyłącznie utwory anglojęzyczne. Pomysłodawcą i głównym organizatorem tego koncertu, a także jego konferansjerem był Franciszek Walicki, ojciec chrzestny polskiego rocka i późniejszy menedżer m.in. „Niebiesko-Czarnych”, „Brekoutów” czy SBB oraz odkrywca takich talentów jak Czesław Niemen, Michaj Burano, Wojtek Korda, Krzysztof Klenczon, Tadeusz Nalepa.
Od tej pamiętnej daty polska muzyka rockowa rozwijała się wielotorowo, balansując od muzyki ambitnej po miałką papkę popu. I znacząc swoje polskie ślady a to niezapomnianymi do dziś przebojami, a to barwnymi osobowościami, a to doskonałymi wokalistami czy talentami kompozytorskimi.
Wiem, wiem, jestem nieuleczalnym rockfanem, a mój syn Tadeusz już wielokrotnie mnie przekonywał, że prawdziwy rock dawno już umarł, a pozory życia wykazują tylko jego liczne fantomy, świecące światłem odbitym. Ba, agonię rocka wieszczy wspomniany już powyżej, mój długowieczny i długoletni przyjaciel z zupełnie innego pokolenia, Franciszek Walicki. A ja zawsze i niezmiennie twierdzę, że „pogłoski o śmierci rock’n’rolla” są mocno przesadzone”. Zgodzę się natomiast ze stwierdzeniem, że rock się skomercjalizował i dziś gitarowe riffy są tylko estetycznymi ozdobnikami, a nie rozpoznawalnymi sygnałami pokoleniowymi. Zgodzę się, że rockmani nie są już buntownikami, a znaczna część z nich stała się wręcz biznesmanami. Zgodzę się nawet, że muzyka rockowa nie burzy już murów, ani nie buduje schodów do nieba.
Tylko co z tego, skoro dla mnie „The Wall” Pink Floyd wciąż stanowi przykład rockowego geniuszu, podobnie jak „Stairway to heaven” Led Zeppellin? I nie ma znaczenia, że dawni rockowi buntownicy awansowali do rangi klasyków, a ich dawni fani częściej słuchają dziś wykładów Uniwersytetu III Wieku niż gramofonowych płyt swoich niegdysiejszych idoli?
Dziwi mnie natomiast w tym wszystkim jedno – 55 rocznica narodzin polskiego rocka przeszła w naszym kraju praktycznie bez echa, niezauważona przez większość dziennikarzy, także i radiowych., zajmujących się muzyką. A to oni właśnie mają przecież najwięcej do zawdzięczenia prekursorom polskiego rocka. W Trójmieście jedyne wydarzenie, nawiązujące do tego jubileuszu to skromny koncert w sopockim „Pick & Rollu” pod hasłem „Big Beat”, zorganizowany przez niestrudzonego Janka Reznera i gdański happening fundacji „Korzenie”. A szkoda, bo tę rocznicę powinni wspólnie świętować nie tylko muzycy z rockowymi korzeniami, ale i wszyscy, którzy coś im zawdzięczają. Ale jakoś tak już u nas jest, że o swoich długach wdzięczności szybko zapominają ci, którzy powinni je spłacać.
Wojciech Fułek

Long live music memory

Jak słusznie zauważył tata, nie mam wielkiego szacunku dla rozpamiętywania dawno przebrzmiałej chwały i do przeżywania dawno już przeżytych kultów. Mam za to ogromny szacunek dla dorobku artystycznego polskiej muzyki. Dla tych, którzy go tworzyli, dla czasów, w których dane przyszło im tworzyć. I dla tych utworów, które przeszły próbę czasu i dzisiaj brzmią równie świeżo, co pół wieku temu.
Może i polski rock nie był tak donośnym wydarzeniem jak polski jazz, ale zrodził parę ciekawych zespołów i płyt. I osiągnął coś, co dzisiaj może wzbudzać szczerą zazdrość – potrafił być muzyką masową. Dzisiaj dokonania polskiego rocka są albo kanibalizowane i spłycane przez programy i festiwale rozrywkowe albo zapominane (i później ze zdziwieniem odkopywane). Nie żeby „Dziwny jest ten świat” nie był genialnym utworem, ale ile razy można go słyszeć w dokładnie w tym samym wykonaniu, przy akompaniamencie orgiastycznie histerycznej widowni, która nie wie, czemu ten utwór taki dobry i taki trudny, ale wie, że aplauz się należy. Z drugiej strony jakoś nie pamiętam, żebym gdzieś na festiwalach, w telewizji, w mediach usłyszał ostatnio np. Polan albo nawet Breakoutów.
W zapomnienie nie idą hity, ale niestety to, co najciekawsze – cała atmosfera, którą ci ludzie budowali, otoczka awangardy, którą wokół siebie roztaczali, no i cała masa mniej znanych zespołów, które nie mając jednego wielkiego hitu popadały w zapomnienie. Zostaje rzeczony „Dziwny jest ten świat”, który w X-factorze brzmi jak własna parodia.
Restauracją polskich klasyków zajmują się na razie tylko zagorzali fani. Jakiś czas temu warszawska wytwórnia Lado ABC i chłopaki z Baaby wspólnie z Gabą Kulką bawili się w odświeżanie zagubionych dawno rockowych hitów. Przebrali się w spodnie dzwony, kolorowe koszule i zza wielkich okularów śpiewali o dokonaniach polskiego przemysłu hutniczego (piosenka „Metalowcy”) na EP-ce „Piastelsi”. Ale kto słyszał o Lado ABC? Jak to ostatnio pięknie powiedział poseł Adam Hofman (w zupełnie innym kontekście) – garstka osób, które siedzą na warszawskim Placu Trzech Krzyży popijając sojowe latte.
Nie jestem jednak przekonany, że żyjący bohaterowie tamtych lat wychodząc na scenę sopockiej Opery Leśnej i odśpiewując swoje, cokolwiek zmienią. Co najwyżej ucieszy to garstkę ludzi, którzy tęsknią za fryzurami, które mieli w tamtych czasach. A tutaj się rozchodzi o tych, co jeszcze mają włosy własne i naturalne. Dla nich dorobek polskiego rocka należałoby przypomnieć i odświeżyć. Szczególnie, że dzisiaj można elegancko zapakować go do pudełka „vintage”, dzięki czemu da się sprzedać go dwa razy drożej (jeśli ktoś chce na tym zarobić). Można przypominać i należy przypominać – inaczej ikoną polskiego rocka pozostanie zespół Coma, który brzmi jak Chris Cornell wymiotujący na Juliana Tuwima. Albo odwrotnie.

Tadeusz Fułek
Trwa ładowanie komentarzy...