EUROWIZJA?

Euro-, Inter- i wizja



Eurowizyjne zmagania piosenkarzy i piosenkarek tym razem skutecznie rozpaliły polskich polityków (niemal wszystkich opcji) oraz dziennikarzy. Kiedy w roku 1998 temu laury zdobywała na tym samym festiwalu równie kontrowersyjna Dana International (która kilka lat wcześniej przeszła operację zmiany płci) jakoś przeszło to w naszym kraju praktycznie niezauważone. Może dlatego, że nie było wówczas wyborczej kampanii? Nie mam zamiaru brać udziału w tym komentatorskim wyścigu, dotyczącym głównie niekonwencjonalnego zarostu Conchity, choć nie ukrywam, że miałem innego faworyta w festiwalowych zmaganiach. Ale oglądałem eurowizyjną transmisję bardziej chyba z przyzwyczajenia i obowiązku, jako wieloletni organizator sopockich festiwali. Miały przecież one bowiem w swojej historii również epizod – dziś już nieco zapomniany - ewidentnej konkurencji (chyba nawet bardziej politycznej, niż tylko muzycznej czy telewizyjnej) dla Eurowizji. W roku 1976 zapadła na najwyższym partyjnym szczeblu decyzja o zmianie dotychczasowej formuły Międzynarodowego Festiwalu Piosenki w Sopocie w Festiwal Interwizji. Telewizja Polska, zarządzana przez pupila Edwarda Gierka, Macieja Szczepańskiego, zrealizowała tę ideę z charakterystycznym dla propagandy sukcesu rozmachem i podbudową ideologiczną. Festiwal Interwizji miał rekordową oglądalność (szacowano ją nawet powyżej 300 mln widzów), głównie dzięki bezpośredniej transmisji do wszystkich republik ZSRR. Nic więc zatem dziwnego, że zwyciężali na nim przede wszystkim przedstawiciele krajów socjalistycznego obozu ( w którym, jak to mówiono, Polska była najweselszym barakiem. Zastanawiam się, gdzie to nasze ówczesne poczucie humoru się na kolejnych zakrętach najnowszej historii ulotniło). Skądinąd trudno posądzać międzynarodowe (a jakże!) jury o jakąś stronniczość, skoro wśród laureatów Festiwalu Interwizji znajdowały się takie gwiazdy, jak Helena Vondrackova (Grand Prix w roku 1977), Ałła Pugaczowa (rok 1978) czy Czesław Niemen (rok 1979). Tak na marginesie: ten ostatni zdradził mi kiedyś, że jachtu, eksponowanego wówczas w scenografii jako główna nagroda dla zwycięzcy nigdy nie otrzymał! Festiwal w takiej postaci realizowano w latach 1977-1980 (choć jego ostatnią edycję w sierpniu roku 1980 przyćmiły już inne, zdecydowanie ważniejsze wydarzenia), mimo że łącza interwizyjne były jeszcze aktywne do końca lat 80-tych.
Festiwal Interwizji nie przetrwał zatem upadku swoich politycznych promotorów i stał w ponad stuletniej historii Opery Leśnej jedynie krótkim, choć niewątpliwie barwnym epizodem. I jeśli go dziś wspominam to jako symbol ówczesnych marzeń (częściowo zrealizowanych) telewizyjnych decydentów o wielkiej, międzynarodowej imprezie muzycznej na światowym poziomie. Festiwal Eurowizji taką imprezą również chce być, ale czy wykreuje jakiekolwiek gwiazdy, które będą lśnić na muzycznym firmamencie dłużej niż jeden, dwa sezony – szczerze wątpię.





Wojciech Fułek




Popularne albo zaangażowane

Przebojów w 2013 roku znalazło się parę. Dla zapatrzonej w szatana młodzieży było dużo dobrego black-metalowego, dla zapatrzonej w Zachód młodzieży była jakaś tam BOKKA, dla młodzieży zapatrzonej w siebie był Dawid Podsiadło. Było coś dla tych, którzy muzykę lubią, było też coś dla tych, którym jest obojętna, ale tak naprawdę liczyły się tylko dwa utwory. Najpierw wesela od Zakopanego po Hel rozbrzmiewały „Bałkanicą” zespołu, który kiedyś był Piersiami z natury, a teraz tylko z nazwy. Krótko potem cała Polska podśpiewywała pod nosem o wyższości dziewcząt rasy słowiańskiej nad całą resztą, w rytm „My Słowianie” autorstwa Słowianina Donatana i urodziwej Panny Cleo. I na ten utwór warto by zerknąć, kiedy kurz bitewny już opadł, bo przypadek to dość ciekawy.
„My Słowianie” to hit nad hity. Na dzień dzisiejszy nastukał 41 mln kliknięć na YouTubie, co nie dokładnie wiadomo co oznacza, ale jest miernikiem imponującym. Jako piosenka jest nawet, nawet możliwa – słyszałem gorsze hity. Wiadomo, że do stania się hitem utwór potrzebuje przede wszystkim szczęścia, ale parę dodatkowych elementów też się przyda. Te pozostałe elementy w „Słowianach” były idealnie na miejscu. A więc: przaśny, ale dopuszczalny o 17.15 po Teleexpresie erotyzm – jest. Młode Panny ubijają masło, piersi im się z zza sukien wylewają, nogami wokalistka drapieżnie wymachuje. Po drugie: rys lokalny – jest. Rzeczone nogi wokalistki wymachują zza spódnicy inspirowanej designem jak za Piasta, rzeczone panny masło ubijają w chacie drewnianej, której 97% Polaków nigdy na oczy nie widziało. Babuszka typu staropolskiego zadowolona się kiwa do rytmu, a na ścianach pobielonych haftowane makatki wiszą. Z polskością to to niewiele wspólnego ma (a przynajmniej takiej Polski na oczy nie widziałem), ale miło i swojsko się kojarzy. No i po trzecie: tekst prosty, niepolaryzujący, nikomu nie wadzący – jest. Mógłby być bardziej imprezowy, ale to już załatwiła „Bałkanica”, więc niech i będzie o tych Słowiankach, co to podobno ruszają się jak żadne inne. Koniec końców otrzymujemy piękny hit – skoczny, radosny, i do tańca i do różańca.
Jeszcze wyraźniej widać kunszt hitotwórczy Pana Donatana dzisiaj, z perspektywy jego najnowszego dzieła, które popełnił pospołu z Panną Cleo. Nagrali utwór o dość wieloznacznym tytule „Cicha woda”. Dla leniwych, którzy YouTube'a nie odpalą krótkie streszczenie - impreza pełna wysoko postawionych szych – alkohol się leje, mięsiwo jest konsumowane. Jakby ktoś w moralności tych ludzi się nie rozeznał, to po stole pełza jako podpowiedź wąż. Zaproszona do zabawiania gości śpiewaniem Cleo szybko traci daną artystom cierpliwość i bierze się za wymierzanie zgromadzonym janosikowej sprawiedliwości. Pomęczy, pomęczy, a potem zastrzeli. Z tekstu wywnioskowałem, że chodzi o ten lud uciśniony (tytułowa „cicha woda”), który nie da się gnębić i powstanie przeciwko tłustym od zrabowanych dukatów politykom. Pewne niedociągnięcia natury logicznej mnie zwiodły, ale taki przekaz odczytałem.
Najpierw więc Pan Donatan uskuteczniał ludową fiestę i hasał po polu ludowego erotyzmu, a teraz rzeź galicyjską urządza – prawdziwa lekcja polskiej historii. Nie tędy jednak droga – hit, jeśli ma być hitem, musi być apolityczny, neutralny, przyziemny i prosty. Hopsa-sa, Panno Krysio, zapraszam do oberka. A nie polityka, bo to wtedy wesele się kończy – szwagier ze stryjkiem za łby się wezmą i przekomarzać się zaraz zaczną, który to bliżej prawdy stoi. Tutaj zmysł Pana Donatana odrobinkę zwiódł. Chyba poczuł zew przodków i na barykady chce lud ciągać. Ale albo jedno albo drugie. Albo polityka albo zabawa do rana. Środkiem iść się nie da. Więc niechże lepiej wróci do pseudo-słowiańszczyzny, która mu tak dobrze wychodzi, choć eurowizyjnym jurorom nie do końca się spodobała.

Tadeusz Fułek
Trwa ładowanie komentarzy...