Kawał z krótką brodą

Żart z brodą

Niewiele potrzeba, żeby zdenerwować Polaka. Żaden barometr nie wytrzymałby tak gwałtownych skoków ciśnienia. Sam też czasami się dziwię, jak ci ludzie to wytrzymują. Ostatnio wystarczył facet przebrany za kobietę, przebraną za mężczyznę.



Zwykły, nikomu nie wadzący transseksualista. No może nie zwyczajny, bo wcześniej już próbował zrobić karierę np. w Niemczech, występując w reality show „Wild Girls. Auf High Heels durch Afrika”, który polegał na zrzuceniu grupy kobiet, których jedynymi atutami była uroda (często wątpliwej jakości, warto nadmienić) na pustynię w Namibii. Jeśli tam nie sprawdziła się kobieta z brodą, to nie było innej możliwości – trzeba iść do Eurowizji, przechowalni dawno zapomnianych albo nigdy nawet nie zapamiętanych.
Na Eurowizji niestety rzeczona bohaterka spotkała się ze słowiańskim żywiołem. Jej to jakoś nie ruszyło i sobie spokojnie wygrała konkurs, który i tak nikogo nie obchodzi, ale milionom Słowian nad Wisłą, podskoczyło ciśnienie. Jako że Polska to jeden z najbardziej homogenicznych krajów w Europie (z mniej niż 1% obywateli innej niż polskiej narodowości), to niecodzienność raczej na naszych ulicach nie króluje. Nie dość, że odebrano nam zwycięstwo za piosenkę, którą zdążyliśmy pokochać (w przeciwieństwie do poprzednich reprezentantów, których nie znał nikt), to jeszcze zrobił to ktoś co najmniej dziwny. Nie kobieta, ale facet-kobieta, który rezygnuje ze swojej męskości (aberracja istna), a do tego z brodą. No i biednej reprezentantce Austrii dostało się od dumnych Słowian znad Wisły. Co prawda wątpię, żeby jakkolwiek się tym przejęła, o ile w ogóle słyszała, ale Polska miała używanie. Jeszcze do tego doszedł mały przekręt z głosowaniem, podczas którego okazało się, że ludzie w Europie polubili naszą reprezentację, ale jury nie, przez co spadliśmy na dalsze miejsca.
Bardzo miło patrzeć, jak to wszyscy nagle zapomnieli, że jest to zupełnie nieistotny festiwal, który ma jeszcze mniej sensu niż Festiwal Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu. Nagle jego ranga w Polsce urosła niebotycznie. A ja lubię sobie myśleć, że to producenci tego wydarzenia (ciekawe zresztą kimże oni są), patrząc na spadające słupki oglądalności Bogu dziękowali za kobietę z brodą. Po występach na pewno obdzwaniali wszystkich jurorów i mówili: „Mirek, kolego no, zobacz jaka sytuacja. Eurowizji nikt nie ogląda, dla kogo my to robimy? Trzeba by tak coś zmienić. Zobacz, jakiego mamy pięknego chłopca, który jest teraz kobietą. Dawaj, kolego no, nie na co dzień zdarza się taka okazja. Przecież wszędzie o nas powiedzą. To nawet lepsze niż gigant w stroju wikinga z ukraińskiej reprezentacji z zeszłego roku! Weź no zagłosuj na Conchitę”. No a potem rozsiedli się w fotelach, zadowoleni, że ktoś w końcu usłyszy o ich mizerniutkim konkursie.
Eurowizja to cyrk, o czym jakoś polska opinia publiczna nie mówi, próbując co roku na poważnie oceniać naszą kandydaturę. Jest rozrywka, nie ma żadnych wyższych wartości, jest kobieta z brodą – cyrk, wypisz wymaluj. Co prawda teraz kobieta z brodą występuje w trochę innej roli niż kiedyś, ale Polakom trudno byłoby to wytłumaczyć.
Najsmutniejsze jednak jest to, że nasz występ był poważny. Nasza kabaretowa piosenka, z autorską wizją słowiańskiej duszy przekonała rodaków. Ja czekam, aż gimnazjalistki zaczną po szkole chodzić na warsztaty tradycyjnego ubijania masła. Pan Donatan, który stoi za całym tym majdanem, serwuje nam nad Wisłą swoją własną wersję pop-panslawizmu, która spadła na bardzo podatny grunt. Pani Conchita Wurst jest po prostu nudna, ale Donatan jest dziwadłem, wmawiającym Polakom wizję ich kraju. W ostatnim teledysku jego towarzyszka zbrodni, Cleo, śpiewa o matrioszkach, co jego twórczości nadaje jakiś uber-słowiański charakter. Od biedy picie wódy i ubijanie masła da się zrozumieć, ale matrioszki?
Tak się składa, że krótko po Eurowizji byłem na tzw. Zachodzie, odwiedzając znajomych. Koleżanka pracuje w restauracji jako kelnerka. Krótko po konkursie ulubionym tematem rozmów nie była kobieta z brodą, ale to, czy w Polsce wszystkie kobiety w domu ubijają masło w sukniach z dekoltem po pas. 5 punktów Panie Donatanie za budowanie wizerunku Polski za granicą.

Tadeusz Fułek

O wyższości zarostu męskiego nad damskim

Ledwo bitewny, eurowyborczy kurz opadł, a już wszyscy u nas zapomnieli o głównym laureacie ostatniego Konkursu Eurowizji. Również dwutygodniowe zamieszanie medialne na temat Conchity Kiełbasy (takie podobno było życzenie, aby ten pseudonim tłumaczyć na różne języki) zupełnie ucichło. Ale niemal wszyscy, zarówno wyjadacze muzycznej branży, jak i felietoniści wszystkich kolorów tęczy, zdążyli się na ten temat wypowiedź. Nasze uwagi są zatem nie tylko spóźnione, ale wręcz nie na czasie.

Przebywałem niedawno w Danii, gdzie zacne międzynarodowe towarzystwo debatowało o przyszłości europejskiej branży uzdrowiskowej. Jednak przy wieczornej kolacji przypomniano sobie nagle kopenhaskie zmagania eurowizyjne i zadbany zarost zwyciężczyni (zwycięzcy?) tego festiwalu. Młoda Austriaczka, siedząca przy naszym stoliku, nieco skonfundowana, a nawet speszona, oznajmiła nagle, że ona wcale dumna z takiej reprezentacji nie jest i uważa, że zwycięstwo w festiwalowych zmaganiach powinna zapewniać piosenka i jej wykonanie, a nie kontrowersyjne, choćby najciekawsze nawet przebranie. I że jej młodzi austriaccy przyjaciele nie traktują tej nagrody zbyt poważnie, uważając, że wykonawca, bazujący głównie na scenicznym, nieco skandalizującym wizerunku nie jest żadnym „bojownikiem o tolerancję”, ale raczej wyrachowanym wykonawcą estradowym, wykorzystując w przemyślany sposób media oraz eurowizyjne wydarzenie do zaistnienia w branży. Z drugiej strony trudno mieć do niego o to pretensję, skoro jego działania zakończyły się przecież ostatecznie spektakularnym sukcesem. Osobiście nie sądzę jednak, aby nagrodzona piosenka stała się jakimś wielkim, międzynarodowym hitem. Nie broni się bowiem ani oryginalnością, ani jakimś specjalnie wybitnym wykonaniem.
Ale skoro wciąż budzi w Polsce tak wiele komentarzy, może warto do niej powracać i przywoływać jako symbol i przykład, no właśnie – czego? Pewnego kiczu scenicznego, jak chcą jedni? Polskiej nietolerancji i braku zrozumienia dla odmienności, jak chcą inni? A może raczej wymyślonej kreacji muzycznej i scenicznej, która okazała się pułapką zarówno dla jednych i drugich? Może najtrafniejszą diagnozę dają parodie kabaretowe tego występu, tak chętnie oglądane w internecie?
Politycy (nie tylko zresztą polscy, bo wystarczy przypomnieć rosyjskie reakcje) wykorzystali swój moment, ośmieszając się śmiertelnie poważnymi komentarzami na temat czegoś, co nie powinno być przedmiotem ich komentarzy. Ale każda okazja dobra, aby zaistnieć w mediach, zwłaszcza przy okazji jakichkolwiek wyborów, w tym wypadku europarlamentarnych. Ci, którzy przemilczeli wypieszczony zarost Conchity i nie zabierali głosu na ten temat – wybrali chyba najrozsądniej. Austria, którą trudno posądzać o rolę lidera obyczajowych przemian, podobno pokochała Conchitę, choć wierzę również, że ten wybuch uczucia jest bardziej na pokaz i na wyrost, niż mogłoby się przeciętnemu obserwatorowi wydawać. Trudno się bowiem nie cieszyć z eurowizyjnej wygranej, bo zawsze to przecież chwila triumfu nie tylko konkretnego wykonawcy, ale i kraju, które oficjalnie reprezentuje.
Czy warto zatem wracać jeszcze raz do tego tematu, o którym większość już zapewne zapomniała? Może jednak warto, aby zastanowić się jak długo potrwa taka muzyczna kariera, zbudowana z premedytacją na męskim zaroście, kontrastującym z damskim przebraniem? Nie chcę być prorokiem, ale wiele wskazuje na to, że taki pomysł tak samo jak szybko wyniósł na eurowizyjny szczyt, równie szybko może pogrzebać estradowa karierę Conchity Wurst. Chyba, że zrobi on (ona) krok dalej i zgoli swój zadbany zarost, aby zachwycać swoim głosem i piosenkami, a nie sceniczną kreacją.

Wojciech Fułek
Trwa ładowanie komentarzy...