Ale kino!

Fantastyczne ubóstwo

Była sobie w historii kina taka seria, jak „Star Wars”. Rozpoczynała się epizodem IV w 1977 roku, kiedy to w Polsce odbywała się msza żałobna za Stanisława Pyjasa. I był to film dobry. W 1980 roku nadszedł epizod V i nie wiem, co się w Polsce tego dnia wydarzyło, bo Wikipedia nie informuje, ale film był genialny. Epizod VI zwieńczył trylogię w 1983 i już nie był tak genialny, ale trzymał fason. Teraz nadchodzi rok 2015 i seria w końcu doczeka się kontynuacji w postaci epizodu VII. I świat struchlał.
Internet grzmi spekulacjami na temat fabuły, o której niewiele wiadomo. Aktorzy wybrani do filmu są skrupulatnie prześwietlani pod każdy kątem. Fani ślą do George'a Lucasa wskazówki co robić i jak robić. A ja smętnie sobie siedzę, bo nawet nie próbuję się łudzić, że może być z tego dobry film. Nie chodzi o to, że Dżej Dżej Abrams zrobi z tego hollywoodzki gniot – jakoś powoli zaczynam wierzyć, że ma w sobie tyle przyzwoitości, żeby powrócić do źródeł serii. Nie chodzi też o George'a Lucasa, który jest największym przekleństwem serii, i spod którego ręki wychodziło wszystko to, co w niej najgorsze – mam nadzieję, że nie będzie miał aż takiego wpływu. Nie chodzi też o dobór aktorów – z tego jestem całkiem zadowolony. Ja po prostu jestem święcie przekonany, że to zwyczajnie bardzo zły czas dla kina Science Fiction.
Filmy nurtu fantastyki naukowej darzę wciąż nienasyconą dziecięcą miłością. Mógłbym pochłaniać tylko tego rodzaju filmy, gdyby było co pochłaniać. A doszedłem niestety ostatnio do smutnego wniosku, że po obejrzeniu setki najlepszych filmów (nie żebym się zgrywał na wielkiego kinofila – luki mam w klasyce, jak każdy), dalej nie ma co oglądać. A im dalej w lata 00, tym gorzej. Za „Avatara” Ameryka powinna zostać spalona, a za wszystkie Spidermany i większość superbohaterskich, komiksowych adaptacji, trzeba by jeszcze posypać zgliszcza obficie solą. Zdarzały się oczywiście wyjątki – „Donnie Darko” był dobry, „Wall-E” dawał radę, „Moon” był przyjemny, a „Eternal Sunshine of the Spotless Mind” ratował honor (jak zresztą wszystko, co wyszło spod ręki Kaufmana). Reszta świata też coś dorzuciła - „28 dni później”, „Dystrykt 9”, „Children of Men”, japońskie anime (brak miejsca na wymienianie). Wszystko to bardzo śliczne, ale rzadko kiedy śliczne na więcej niż jeden raz (poza „Eternal Sunshine...” - wyłączamy ten film z konkursu). Żadnego z tych filmów nie da się nawet postawić obok klasyków z lat 80-tych - „Abyss”, „Alien”, „E.T.”, „The Thing”, „Blade Runner” czy rzeczonych „Star Warsów”. A to tylko jedna dekada. W czasach, kiedy analogowe efekty przeżywały swój złoty wiek, ludziom ciężej jakoś było na duszy, więc strachy swoje wysyłali w kosmos i tam je przeżywali. Z powalającym często skutkiem.
Nie będę próbował nawet snuć tu żadnych domysłów na temat tego, czemu już nie powstają dobre filmy fantastyczne. Może wszystkim reżyserom świata kolektywnie wstyd za „Matrixa” i każdy cicho siedzi? Może efekty komputerowe zniszczyły ducha tych filmów? A może po prostu się ludzie oswoili się z tym, że przyszłość jest już tutaj, że mamy rok 2015, że można już rozmawiać z komputerami, ale latających spodków nie ma co oczekiwać w najbliższym czasie? Bardziej wnikliwi pewnie wytkną też, że świat bardziej jest pokojowy, więc filmowcy chętniej takie rzeczy jak leniwe „Her” kręcą, niźli przerażające „Alieny”. Jakikolwiek nie byłby powód tej posuchy fantastyczno-naukowej, trzeba chyba machnąć na ten gatunek ręką i w innym kierunku się zacząć rozglądać. A w międzyczasie może coś wartościowego na zgliszczach wyrośnie. Do takiej to smutnej dość konkluzji powoli dochodzę.
Tak czy inaczej zawsze lepiej w ten sposób się nastawić przed premierą nowych „Gwiezdnych Wojen”, niż się później (po raz kolejny) rozczarować.

Tadeusz Fułek





Ale kino!

Tym razem nie będę polemizował z synem na temat kina science-fiction, bo zwyczajnie nie jest to po prostu mój ulubiony gatunek filmowy, choć większość wymienianych przez Tadeusza obrazów oczywiście „zaliczyłem”, nie tylko z powodów rodzinno-ojcowskich. Ba, spieraliśmy się nawet w swoim czasie o inspiracje biblijne w „Matrixie”, czy o genezę fenomenu „Gwiezdnych wojen”. Do tej amerykańskiej klasyki ja może dorzuciłbym swojską „Seksmisję” z jej niestarzejącym się wdziękiem i uroczą nieporadnością techniczną niektórych efektów specjalnych. Choć z drugiej strony trudno uznać komedię Machulskiego za kino science-fiction. Ale to już zupełnie inna historia…
Jeśli jednak pozostaję przy filmie, to głównie po to, aby nieco - po raz kolejny - powspominać. I trochę ubolewam, że z filmów kultowych dla mojego pokolenia niewiele zachwyciło i porwało moich synów. Każdy z nich ma nieco odmienne preferencje w tym względzie, ale każdy zalicza się do grupy fanów dobrego – w swojej osobistej wersji – kina. Z najstarszym Tomkiem łączy mnie uwielbienie dla kreacji Zbyszka Cybulskiego i uroku Teresy Tuszyńskiej w pamiętnym „Do widzenia, do jutra” oraz fascynacja polskim kinem czarno-białym lat 60-tych. Oczywiście dla nas wszystkich ponadpokoleniowy „Rejs” czy „Hydrozagadka” pozostają klasą samą w sobie. Ale nie jest z pewnością ICH kino i trudno się temu w zasadzie dziwić.
Muszę również odnotować przy tej okazji swoją ojcowską porażkę w próbach zarażenia swoich dzieci podziwem dla kultowych – przynajmniej dla mojego pokolenia i środowiska - filmów. Może tylko „Absolwent” Mike’a Nicholsa obronił się w tym generacyjnym zderzeniu dwóch światów, ale i to chyba bardziej zasługa oprawy muzycznej w postaci piosenek duetu Simon & Garfunkel i genialnej kreacji aktorskiej Dustina Hoffmana, niż samego filmu. Ale już mój ukochany „Lucky Man” Lindsay’a Andersona z doskonałą rolą Malcolma Mc Dowella i muzyką Allana Price’a (na którego polowałem we wszystkich kinach i zaliczyłem 9 czy 10 seansów, za każdą razem odkrywając coś nowego) zupełnie nie trafił ze swoim przesłaniem do nowej widowni rodziny Fułków. Podobnie jak równie legendarne i podziwiane przeze mnie i moich licealnych przyjaciół - „Strach na wróble” czy „Nocny kowboj”. Przez chwilę myślałem, że może porwie ich zatem – na zasadzie odmienności i oryginalności - wizja Felliniego z „Amarcordu” z genialną muzyką mojego ulubionego filmowego kompozytora, Nino Roty czy bliskie nam mentalnie kino czeskie z „Miłością blondynki” czy „Pociągami pod specjalnym nadzorem”. Owszem, pewne zainteresowanie było, ale chyba bardziej powodowane ciekawością, co też temu ojcu mogło się kilkadziesiąt lat temu podobać. W każdym razie jakiegoś specjalnego entuzjazmu czy zachwytu nad kinem mojej młodości nie zaobserwowałem. Podobnie jak nad kultowymi filmami mojego dzieciństwa, ale w tym wypadku wspólnie się śmiejemy z tego, że wielki wódz Apaczów, Winnetou rozmawia ze swoimi czerwonymi braćmi po niemiecku. To indiańskie „hande hoch”, skierowane do amerykańskich żołnierzy rozbroi dziś chyba każdego widza!
Ale chciałbym się jednak pochwalić, że mimo tych porażek, odnieśliśmy też moją żoną Małgosią jeden ewidentny sukces. Otóż o kinie (nie tylko tym współczesnym), filmach ważnych (nie tylko dla nas, ale i dla naszych dzieci) w naszym domu się wciąż dyskutuje, wymienia uwagi i opinie. I wiem, że te wszystkie próby przekazania własnych fascynacji kolejnym pokoleniom nie poszły jednak na marne. Bo jeśli nawet moje ukochane filmy przegrywają w tej konfrontacji ze współczesnymi obrazami, to jednak budują pewien celuloidowy most porozumienia ponad wszelkimi podziałami, doświadczeniami i indywidualnymi upodobaniami.



Wojciech Fułek
Trwa ładowanie komentarzy...