Wojna o Monciak

Wojna o Monciak
Ostatnie dramatyczne wydarzenia, związane z sopockim reprezentacyjnym deptakiem, boleśnie uświadomiły wszystkim, iż to nie tylko miejsce letnich spacerów i zabawy, które musi zaliczyć każdy turysta, ale i potencjalne zagrożenie porządku, bezpieczeństwa, a nawet życia i zdrowia. Byłaby to dość banalna i mało odkrywcza konstatacja, gdyby nie powtarzające się co jakiś czas tragiczne przypadki, których kulminacją stał się szaleńczy rajd samochodowy. Jakakolwiek reakcja odpowiedzialnych służb i osób następowała bowiem w takich przypadkach dopiero po kolejnym akcie agresji . Publiczną tajemnicą były też narastające konflikty Prezydenta Miasta z komendantami sopockiej policji, które zaowocowały m.in. dość kuriozalnym pomysłem zlecenia miejskich patroli prywatnej firmie ochroniarskiej czy wyposażeniem funkcjonariuszy Straży Miejskiej w paralizatory, bo „obawiają się interwencji”.
Przede wszystkim w Sopocie brakuje - jak się wydaje - długofalowej, miejskiej strategii poprawy stanu bezpieczeństwa, bowiem nerwowe poszukiwanie winnych kolejnego zdarzenia na pewno nie może jej zastąpić. Tak na marginesie, wydaje mi się, że takiego kozła ofiarnego - jeśli chodzi o Sopot – już wytypowano, oskarżając policję o brak zdecydowanej reakcji. Zapominając przy tym, iż znacznie wcześniej praktycznie pozbawiono polską policję możliwości szybkiego reagowania, zmuszając do licznych oszczędności, żebrania o paliwo do samochodów i zdania jej na łaskę samorządów w zakresie dofinansowania. Trudno też nie zauważyć, iż metoda przelicznika zatrudnionych funkcjonariuszy w stosunku do ilości mieszkańców jest po prostu nie do przyjęcia w odniesieniu do popularnych miejscowości wypoczynkowych, takich jak Zakopane czy Sopot. W tych warunkach i tak reakcje sopockich policjantów na pewno były na tyle szybkie i zdecydowane, że trudno mieć do nich jakieś pretensje. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy w takiej długofalowej strategii bezpieczeństwa nie powinno być miejsca na konkurowanie ze sobą miejskich i policyjnych służb porządkowych, które skazane są na bliższą, niż do tej pory współpracę i zadaniowe współdziałanie. Musi się w niej również znaleźć ważne miejsce na efektywne zarządzanie miejską siecią monitoringu, nie tylko jako dokumentacji zaistniałych już faktów, ale w ramach szeroko zakrojonych działań prewencyjnych i profilaktycznych. Akcje na pokaz (np. słynne już ograniczenie prędkości rowerzystów do 10 km/godz, czy zakaz jazdy rowerami na deptaku czy molo) nie mają z kolei chyba większego sensu, skoro nie stoi za nimi skuteczne przestrzeganie wprowadzonych odgórnie przepisów. Ba, takie pomysły stają się wręcz własną karykaturą i ośmieszają prawo, skoro na jego straży nikt nie stoi i nie jest w stanie skutecznie go egzekwować.
Tytułowa wojna o Monciak jest zatem walką – z jednej strony – o realną poprawę stanu bezpieczeństwa na jednej z najpopularniejszych polskich ulic. Z drugiej zaś to próba odzyskania wpływu na ważną miejską przestrzeń publiczną, jakiego samorząd sopocki pozbył się w rzeczywistości ponad dwie dekady temu, na początku zmian ustrojowych. To wtedy zapadła bowiem decyzja o „uwolnieniu” lokali na sopockim deptaku i ich sprzedaży dotychczasowym dzierżawcom. Nie chcę uchylać się od odpowiedzialności za tę decyzję, bo byłem wtedy już radnym, ale z perspektywy czasu wydaje mi się jednak , że były to działania zbyt pochopne i pospieszne. Monciak, mimo późniejszych prób regulacji (np. zakazu funkcji bankowych) wymknął się – w pewnym sensie – spod kontroli miasta, a brak komunalnych lokali zaowocował m.in. bezpowrotnym zniknięciem z tego miejsca prywatnych galerii, antykwariatów i księgarni, które niewidzialna ręka rynku zmieniła głównie w lokale gastronomiczne. Niezwykle udana – przynajmniej moim zdaniem - próba „oswajania” przestrzeni deptaka przez akcję „Ulica Sztuki”, wprowadzająca do komercyjnych lokali obrazy i rzeźby – została zaniechana, a aktywność kulturotwórcza została przeniesiona w inne rejony miasta. Monciakiem zawładnęli – nie tylko przy miejskiej bierności, a wręcz aprobacie – głównie krzykliwi imprezowicze, poszukujący zdecydowanie odmiennych wrażeń, niż przechadzający się kiedyś tą ulicą eleganccy kuracjusze. Dziś batalia o „odzyskiwanie” Monciaka dla mieszkańców i miejskich gości, niekoniecznie spragnionych nocnych emocji, powinna się zaczynać od codziennej kultury i promocji zachowań pożądanych, jakkolwiek by to dziwnie nie zabrzmiało. Kiedy 2 lata temu zaproponowałem nietypową akcję promocyjno-informacyjną, polegającą na braku tolerancji w Sopocie dla eksponowania w miejscach publicznych (właśnie takich jak Monciak) nagich torsów panów, najczęściej dziwnym trafem wyposażonych też w bogato rozbudowany mięsień piwny, spotkałem się raczej z uśmiechem lekceważenia i zarzutami o chęć odstraszenia miejskich turystów, niż jakimkolwiek miejskim wsparciem. Pomysł ten storpedowano wtedy w zarodku, wylewając dziecko z kąpielą. Dziś jestem już przekonany, że wizerunek Sopotu ( a zwłaszcza jego ścisłego centrum z deptakiem w roli głównej) jako nocnej imprezowni , gdzie wszystko może się zdarzyć, na tyle został już skutecznie utrwalony, iż niezwykle trudno będzie go teraz zmienić. Sopot przestał bowiem pełnić rolę klasycznego kurortu, a przepoczwarzył się - w powszechnym odbiorze - w miejsce, gdzie alkohol leje się strumieniami, a nocny spacer Monciakiem to slalom pomiędzy kolejnymi podchmielonymi i głośnymi grupkami głównie młodych ludzi. Czy na pewno o to wszystkim nam chodziło?


Wojciech Fułek

Wojna o miasta
Tragiczne wydarzenie na sopockim molo trudno moim zdaniem rozpatrywać w kategoriach argumentu – takie rzeczy niestety się zdarzają i zdarzać się będą. Trudno powiedzieć, żeby ktoś tu zawinił, a już z pewnością nie policja, która na miejscu zdarzenia znalazła się dość szybko. Wszelkie pretensje, że nie powstrzymała tragedii są trochę nie na miejscu – własnymi ciałami mieli hamować auto? W takiej sytuacji zwiększone patrole, które proponuje prezydent też by sprawy nie rozwiązały, chyba że w 10 by policjanci rozpędzoną hondę przytrzymali.
Inna sprawa, że prezydent jak gdyby nigdy nic wykorzystuje zaistniałą sytuację do wołania o większą ilość patroli i sprawę przerzuca na barki policji, choć wina za zaistniały stan rzeczy spoczywa na nim. To on od wielu lat kształtuje kierunek rozwoju miasta, i to on popchnął je w stronę imprezowego centrum Trójmiasta. Oczywiście może się tłumaczyć, że to prawa wolnego rynku i przecież nie będzie wstrzymywać rozwoju miasta, ale zapraszam go do odwiedzin jednej z nadmorskich miejscowości, które obficie kwitną na polskim wybrzeżu, gdzie może przekonać się dokąd taka polityka prowadzi. Miałem okazję ostatnio odwiedzić Łebę – miejscowość będącą wręcz podręcznikowym przykładem dania wolnej ręki handlowcom i biznesmenom. Zbitek przeróżnych budynków w stylu Zakopane-meets-Ibiza, gdzie kino 7D Max sąsiaduje z Muzeum Motyli i Erotyki, chyba tylko dzięki dudniącej muzyce i morzu alkoholu daje się tolerować.
Oczywiście to wszystko przynosi pieniądze mieszkańcom (droższych ryb niż w Łebie to w nie widziałem nawet w Warszawie). O ile jakikolwiek mieszkaniec w Łebie się jeszcze ostał – pieniądze pewnie trafiają raczej do właścicieli lokali. To również zupełnie zrozumiałe, że takie miejsca są potrzebne – w końcu Polska gdzieś na wczasy musi jeździć. Ale można próbować nad tym zapanować, zaplanować i zadecydować, jaki kurs ma obrać miejscowość. Łeba obrała kurs „mysz, mydło i powidło – byleby była zabawa”, a jako że nie jest to Las Vegas, to wyszła smutna mieszanka wesołego miasteczka z paroma rybackimi kutrami. I z Muzeum Motyli i Erotyki.
Na takiej samej drodze jest w tej chwili Sopot – władze cieszą się z pewnością, że kluby odprowadzają część swoich wysokich zarobków do kasy miejskiej, ale przecież to nie wszystko. Sopot nie jest miastem, które musi być uzależnione od wulgarnych, imprezowych tłumów toczących się w górę i w dół Monciaka. Ma wystarczająco wiele innych atutów, na których mógłby budować swoją pozycję. Wygląda jednak na to, że prezydent wybrał opcję najwygodniejszą. Mam tylko nadzieję, że będzie zadowolony spędzając resztę życia w takim mieście, jakie teraz buduje.

Tadeusz Fułek
Trwa ładowanie komentarzy...