O autorze
Wojciech Fułek (rocznik 1957) - człowiek wielu zawodów i umiejętności, z ducha i serca - społecznik, Przewodniczący Rady Miasta Sopotu. Autor historii mola sopockiego, Opery Leśnej oraz wielu innych książek (m.in. wyróżnionego nagrodą Pro libro legendo "Kurortu w cieniu PRL-u"), scenariuszy filmów dokumentalnych, piosenek, wierszy, sztuk teatralnych oraz ojciec trójki całkiem udanych synów. Stale pisuje w "Toposie", "Rivierze" oraz na portalu www.my3miasto.pl. Urodzony w Sopocie, sopocianin od zawsze i na zawsze, jak stąd wyjeżdża - to nigdy na długo.

e-mail: wojciechfulek@kochamsopot.pl


Tadeusz Fułek (rocznik 1986) - absolwent kulturoznawstwa na Uniwerystecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, aktualnie mieszka w Warszawie, swoje teksty drukował m.in. w "Machinie", "Newsweeku", "Wysokich obcasach" i na portalach internetowych (stale publikuje m.in. na www.my3miasto.pl), pracuje w agencji reklamowej "Grey". Sopocianin, ale ciągle rzucany wiatrem zmian w nowe miejsca. Zbieżność nazwisk z Wojciechem - nieprzypadkowa.

e-mail: tadeusz.fulek@gmail.com

Wyobraźnia bez granic?

Im więcej ciebie, tym mniej

Trzewia od dłuższego czasu mi wykręca niezmierna chęć obejrzenia jakiegoś dobrego filmu Science Fiction. Mówiąc od dłuższego czasu, mam na myśli dobry rok, co najmniej. Przeglądam co i rusz jakieś fora i zestawienia patrząc, czy nie ukazało się coś godnego uwagi, oglądam trailery i czasami nawet przedwstępnie się jakimś filmem podniecę, ale koniec końców i tak nie idę, zniechęcony opiniami i recenzjami. W tęsknocie zrobiłem sobie ostatnio ze znajomymi maraton Gwiezdnych Wojen i dopiero wtedy doznałem olśnienia.
Mimo dość ambiwalentnych uczuć w stosunku do epizodu IV, od niego właśnie zaczęliśmy. Ściągnąłem wersję zremasterowaną, więc obraz na rzutniku mieliśmy cośkolwiek udany, biegały komputerowo dodane stworki i niby wszystko grało. Niby, ponieważ po 15 minutach filmu wyłączyliśmy go zdenerwowani i zaczęliśmy szukać oryginalnego filmu. Dopiero ta brudna, zanieczyszczona i momentami śmiesznawa wersja spełniła nasze oczekiwania. Potem od razu rzuciliśmy się na epizod V, a VI nie obejrzeliśmy tylko ze względu na wcześniej umówione spotkania (nadrobiliśmy to krótko potem). Mimo paru głupawych wtrętów George'a Lucasa (on to jest odpowiedzialny za co głupsze i infantylne rzeczy w całej sadze), nadal są to świetne filmy. W szczególności V epizod, który trzyma w napięciu od początku do końca nie gorzej od arcydzieł Hitchcocka. I wszystkie dodane komputerowo efekty nic nie dały tym filmom. Wręcz przeciwnie – nadają im rażącej sztuczności (choć to przecież SF!).
Zacząłem się wtedy zastanawiać, czy od czasu pojawienia się efektów komputerowych, widziałem jakiś film w tym gatunku, który nie tylko byłby dobrym filmem w swojej klasie, ale byłby po prostu dobry w swojej sztuce. Zdarzały się takie rzeczy jak „Źródło” Aranofskiego, czy kameralne „Pitch Black”, czy „Moon”, „Gattaca”, czy ostatnio całkiem niezła „Incepcja” (że też tylko wymienię bez żadnego klucza parę udanych), ale poza tym to wielka posucha. Wszystkie „arcydzieła” gatunku okazują się niesamowicie nadmuchanymi wydmuszkami, z żałosnym „Avatarem” na czele.
Miałem okazję oglądać też całkiem niedawno „Matrixa”. A przynajmniej próbować, gdyż jest to dzisiaj film tak śmieszny, że trudno się przebić przez te zwały patosu i drewnianej gry aktorskiej, żeby przypomnieć sobie, czemu wzbudził taki wielki zachwyt w dniu premiery. I tak jak z „Matrixem”, dzieje się z większością filmów, które bazowały na efektach specjalnych – starzeją się równie szybko, co technika.
Najzabawniejsze, że tym, co wymusza taki udział komputerów we współczesnych produkcjach są kwestie budżetowe. Komputer jest o wiele tańszy i szybszy niż ekipy aktorskie, charakteryzatorzy, scenografowie i kostumiografowie. Problem w tym, że lepsze efekty już nie wzbudzają poczucia oglądania czegoś bardziej realistycznego. Powodują tylko znudzenie. Wszystkie gigantyczne wojny gwiezdne z ostatniej „Gry Endera” nie wzbudzają we mnie nawet cienia entuzjazmu porównywalnego z tym wywoływanym np. przez robota z „Sędziego Dredda” (notabene bardzo złego filmu), czy kosmitów z „Głębi” (notabene filmu genialnego).
Nie ma już efektów, które byłyby w stanie wzbudzić prawdziwy zachwyt. Ktoś na samym początku przesadził, a teraz wszyscy inni to kontynuują. Wierzę za to, że jeszcze trochę i filmowcy niesieni falą nostalgii powrócą do starych metod. Droższych bo droższych, ale przynajmniej trochę bardziej prawdziwych. A raczej prawdziwie nieprawdziwych. Bo w efektach nie chodzi o to, żeby świat wyglądał na prawdziwy – to film i wiem o tym, kiedy do niego siadam. Nie potrzebuję imitacji naszego świata i naszej fizyki. Chcę wybuchów szalejącej wyobraźni. Tylko tyle.

Tadeusz Fułek







Granice wyobraźni

Nie jestem jakimś specjalnym fanem filmów z gatunku SF, a dobre, stare „Gwiezdne wojny” traktuję raczej jako zjawisko kultowe, oparte na najlepszym, bo najprostszym pomyśle: walki dobra ze złem, nieustających zmagań ciemnej i jasnej strony mocy. Niby wszystko proste, ale zaplątane w mroczne meandry podświadomości i skomplikowanej ludzkiej psychiki. Niby wiemy, kto jest po ciemnej, a kto po jasnej stronie, ale ten prosty przekaz bywa zakłócany zwykłymi ludzkimi ułomnościami i przeciwnościami losu. Czyżby to kolejny obraz człowieka stworzony na boskie podobieństwo?
Podziwiam sprawność komputerów i pomysłowość programistów i kreatorów wirtualnego świata, ale w żaden sposób nie wywołują one moich emocji i zachwytu. I zgadzam się z Tobą synu, że każdy obraz filmowy, wykreowany przez realnych scenografów i aktorów zawsze będzie z założenia bardziej wiarygodny i przemawiający do naszej wyobraźni, niż najlepszy komputerowy trick. Bo chyba właśnie w nieposkromionej ludzkiej wyobraźni kryje się najlepszy klucz do serc i dusz filmowych widzów. Dla mnie prawdziwym mistrzem wyobraźni pozostaje genialny Leonardo da Vinci, który pozostawił nam po sobie nie tylko malarskie arcydzieła, ale szkice i pomysły, pobudzające wyobraźnię kolejnych pokoleń. Pomysłodawca m.in. zegara wahadłowego, maszyny latającej, zamka kołowego, działa miotającego, maszyn hydraulicznych na ponad 6 tysiącach stron zachowanych notatek dokładnie opisał i naszkicował znacznie więcej fascynujących, wyprzedzających swój czas projektów inżyniersko- technicznych niż prac artystycznych. Wyobraźnia Leonarda nie znała chyba żadnych granic, skoro to jemu zawdzięczamy takie epokowe wynalazki, zrealizowane dopiero po kilkuset latach, jak helikopter, windę, silniki napędzane energią wody, czołg czy automobil napędzany mechanizmem zegarowym. Kto ze współczesnych Leonardowi – o zdrowych zmysłach i patrzący realnie na otaczający ich świat – uwierzyłby wtedy, ze takie projekty i pomysły zostaną kiedykolwiek zrealizowane? To jest prawdziwy mistrz science-fiction, którego wyobraźnia popchnęła świat do przodu. W literaturze takim geniuszem był niewątpliwie autor mojego dzieciństwa, Juliusz Verne, który opisywał w swoich książkach świat nierzeczywisty, często przeczący prawom natury, ale jednak prawdopodobny, a dla wnikliwych czytelników, potrafiących dzięki pomysłom pisarza uruchomić swoją wyobraźnię - wręcz realny, niemal na wyciągnięcie ręki. Verne, uważany za jednego z protoplastów – wraz z Hugo Gernsbackiem i Herbertem G. Wellsem – fantastyki naukowej, pozostawił po sobie nie tyle arcydzieła literackie (bo w końcu tworzył raczej użytkową literaturę rozrywkową), co arcydzieła wyobraźni. Jego książki „Podróż do wnętrza ziemi”, „Z Ziemi na księżyc” czy „Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi” wytyczyły nowe szlaki literackich poszukiwań – właśnie na pograniczu nauki, wyobraźni i fantastyki. To niczym nie nieskrępowana wyobraźnia zaprowadziła go w takie niedostępne rejony, odkrywając dla kilkunastu już pokoleń czytelników fascynujący i kolorowy świat, w którym nie ma rzeczy niemożliwych. Verne i da Vinci tworzyli taki świat we własnych głowach, dzieląc się swoimi pomysłami z potomnymi. Jestem jednak pewien, iż sprawność najnowszych technologii informatycznych oraz coraz doskonalszy komputerowy obraz nigdy nie zastąpią jednak ludzkiej wyobraźni, bo bez niej wszystko pozostanie szare i jednowymiarowe.

Wojciech Fułek
Trwa ładowanie komentarzy...