O autorze
Wojciech Fułek (rocznik 1957) - człowiek wielu zawodów i umiejętności, z ducha i serca - społecznik, Przewodniczący Rady Miasta Sopotu. Autor historii mola sopockiego, Opery Leśnej oraz wielu innych książek (m.in. wyróżnionego nagrodą Pro libro legendo "Kurortu w cieniu PRL-u"), scenariuszy filmów dokumentalnych, piosenek, wierszy, sztuk teatralnych oraz ojciec trójki całkiem udanych synów. Stale pisuje w "Toposie", "Rivierze" oraz na portalu www.my3miasto.pl. Urodzony w Sopocie, sopocianin od zawsze i na zawsze, jak stąd wyjeżdża - to nigdy na długo.

e-mail: wojciechfulek@kochamsopot.pl


Tadeusz Fułek (rocznik 1986) - absolwent kulturoznawstwa na Uniwerystecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, aktualnie mieszka w Warszawie, swoje teksty drukował m.in. w "Machinie", "Newsweeku", "Wysokich obcasach" i na portalach internetowych (stale publikuje m.in. na www.my3miasto.pl), pracuje w agencji reklamowej "Grey". Sopocianin, ale ciągle rzucany wiatrem zmian w nowe miejsca. Zbieżność nazwisk z Wojciechem - nieprzypadkowa.

e-mail: tadeusz.fulek@gmail.com

System otwarty czy zamknięty?

Pan profesor nie ma teraz czasu, zajęty jest



Jaki jest podstawowy problem szkolnictwa wyższego w Polsce, tej wzorcowej wydawałoby się instytucji, która swym blaskiem oświecenia opromienia resztę narodu i niesie wiedzę i dobrobyt idący z nią w parze wszystkim nieuświadomionym umysłom, i która wszystkim wokół powinna służyć jako wzór otwartości i inkluzywności? Zamkniętość.

Niech się od razu dzielni doktoranci, którym naprawdę udaje się nieść kaganek oświaty w świat nie obrażają. Nie twierdzę, że szkolnictwo wyższe do cna jest zamknięte i zabetonowane w swoim świecie. Wiele jest ambitnych młodych doktorantów i profesorów, którzy bezustannie starają się poszerzać horyzonty, próbować nowych podejść i równać się z najwybitniejszymi uniwersytetami na świecie. Problemem jest, że to najczęściej nie oni stoją u sterów.
Piszę teraz artykuł o MOOCach – ogromnych darmowych kursach internetowych, które robią teraz wielką karierę za oceanem. Dopatruje się w nich albo przyszłości szkolnictwa wyższego, albo jego upadku. W Polsce co prawda system się jeszcze nie przyjął, ale są podobne tego typu próby użycia internetu do edukacji, jak to się mówi, „na odległość”. Więc, oczywista, chciałbym się dowiedzieć czegoś więcej o tych polskich pomysłach na rozwój, chciałbym trochę zgłębić cóż tam pichcą w temacie na naszych rodzimych uniwersytetach. Więc namierzyłem parę instytucji i napisałem do nich grzeczne maile z prośbą o wywiad. Jeden zaledwie profesor wyraził chęć porozmawiania. Inny też się zgodził, ale już od tamtej pory nie odpisuje. Cała reszta – martwa cisza. Ani nie dziękuję, nie mam czasu, ani nic.
Niezrażony tym (no dobra, trochę zrażony) napisałem do profesora, w którego kursach internetowych brałem udział. Profesora Georgia Institute of Technology, uniwersytetu znajdującego się w pierwszej setce najlepszych uniwersytetów świata (co prawda na końcu, ale i tak to lepiej niż polskie plasujące się powyżej miejsca 400-setnego). Napisałem rano, czyli mail został dostarczony w nocy amerykańskiej strefy czasowej. Odpisał po 2 godzinach mówiąc, że super, pogadajmy, spróbujmy, zainstaluję sobie Skype'a i utniemy sobie pogawędkę, a następnie dodał mnie do znajomych na Google+. Gdybym miał skłonności paranoiczne, to stwierdziłbym, że to wręcz podejrzana otwartość.
Wszystkiemu „winne” przekonanie panujące w Stanach, że od każdego można się czegoś nauczyć. Nie zamykanie się w swoich wieżach z kości słoniowej, ale otwarcie siebie i własnego narządu poznawczego na innych. Założyciele Google – jednej z najbardziej innowacyjnych firm na świecie – poznali się na Uniwersytecie Stanforda i stamtąd wynieśli swoją filozofię otwartości, która co i rusz otwiera przed nimi nowe możliwości. Przechadzają się po swoim kampusie w Mountain View i każdy pracownik wie, że może ich zaczepić i opowiedzieć o swoim nowym projekcie. Żaden z nich nie zamyka się w swoim gabinecie i nie stawia na straży armii sekretarek i jakoś sobie radzą. Jakoś? Można ich nie lubić, ale trzeba przyznać, że radzą sobie świetnie.
Moje własne doświadczenie studiowania niespecjalnie odbiega od powyższego obrazka. Większość ciekawych osobowości, na które się natknąłem w toku studiów, i które jakkolwiek zachęcały mnie poszerzania wiedzy, to raczej młodzi doktorzy i doktoranci, chętnie pomagający tym, którym cokolwiek chciało się studiować. Co innego profesorowie. Nawet jeśli nie byli „starej daty”, to najczęściej odcinali się od przytłaczającej ich masy studentów rzadkimi dyżurami i egzaminami, a mało który (jeśli w ogóle którykolwiek/którakolwiek) podejmował próbę wymiany doświadczeń i nauczenia się od nas. Duża wina leży na pewno po stronie systemu – zbyt wielu studentów, za dużo obowiązków, za dużo papierkowej roboty. To jednak nie zwalnia nikogo, szczególnie pracownika naukowego, z obowiązku bycia otwartym na nowe. Również na ludzi, którzy mogą rzeczonym profesorom powiedzieć coś nowego o czasach, w których żyją – najprostszy sposób, żeby się nie oderwać od rzeczywistości, co też notorycznie się im zarzuca.

Tadeusz Fułek


Otwartość?

Jaki jest podstawowy problem szkolnictwa wyższego w Polsce, zwłaszcza uczelni prywatnych, na których studiowanie słono kosztuje? Dostępność studiów wyższych na pewno zapewniają niemal wszystkim chętnym, zatem trudno im zarzucić elitarność. Choć niewątpliwie wysokie czesne skutecznie ogranicza jednak ilość zainteresowanych do tych, których po prostu stać na taką formę nauki. Poziomem edukacji też mogą w wielu przypadkach konkurować z uczelniami publicznymi (to chyba jednak złe słowo, bo czy te prywatne nie są w takim samym stopniu „publiczne”?), zatem co stanowi ich zasadniczy problem, jakiemu muszą stawić czoła w najbliższych latach?

Wygląda na to, że studentów zwyczajnie może im wkrótce zabraknąć z prostych powodów demograficznych. Nie tylko nasze społeczeństwo starzeje się w zastraszającym tempie, przysparzając nowych studentów głównie Uniwersytetom III Wieku. Zresztą, przez system licencjacki pojęcie wyższego wykształcenia trochę się chyba jednak zdewaluowało. Ale zostawmy uczelnie prywatne (może nieco ostrzejsza selekcja w tej grupie nawet by wyszła wszystkim na zdrowie?) nieco na boku naszych rozważań, a zajmijmy się pewną hermetycznością akademickiego kręgu kadry dydaktycznej państwowych wyższych uczelni. Bo o to chyba Ci chyba głównie chodzi, synu? Tytuł magisterski zdobyłem dość dawno, ale jakoś nie przypominam sobie z tej mojej uniwersyteckiej edukacji jakichś zasadniczych problemów z dostępem do profesorskiej kadry. Owszem, zawsze bardziej ułatwiony kontakt był z asystentami, ale nie było to jednak regułą. Chociaż to przecież jeszcze ze „słusznie minionego”, peerelowskiego okresu pochodzi dowcip o zakresie niezbędnej wiedzy dla poszczególnych grup na uczelni: profesorowi wystarczy wiedza, gdzie jest asystent, asystent musi dysponować wiedzą, gdzie są studenci, a student musi już, niestety, wiedzieć wszystko.
Żarty żartami, ale chyba jednak większym problemem, na które kolejne ekipy rządzące jakoś nie zwracają większej uwagi, są zawstydzające lokaty polskich uczelni w międzynarodowych rankingach. I jeśli te dalekie miejsca w czwartej setce dotyczą również państwowych uczelni z wielką renomą, które mu uważamy za naszą narodową wizytówkę (jak np. Uniwersytet Jagielloński), to na pewno powinno stać się to przyczynkiem do jakiejś większej debaty nad stanem naszej edukacji, ale jakoś ciągle nie widać chętnych do takiej dyskusji. Tak samo jak nie widać ani politycznej woli oraz determinacji kolejnych ministrów do naprawy tego wadliwego systemu. Nikt też nie kwapi się do wpisania na swoje sztandary walki o podniesienie poziomu polskiego szkolnictwa wyższego. Jakimś cudem jednak ci najlepsi naukowcy nie wszyscy jeszcze wyjechali na zagraniczne staże i stypendia, więc może nie jest za późno? Od czasu do czasu możemy przecież dowiedzieć się też o sukcesach naszych ośrodków naukowych, działających najczęściej w oparciu o zaplecze konkretnej uczelni wyższej.
Oczywiście zgadzam się z Tobą, synu, że dostępność i otwartość nie tylko wyższej kadry dydaktycznej jest w tym wypadku nie tylko pewnym testem na sprawność całego systemu. Moim zdaniem jest ona przede wszystkim konsekwencją zrozumienia podstawowej zasady, że każda wyższa uczelnia to nie hermetyczna twierdza nauki, gdzie w niedostępnej wieży siedzi odizolowany od świata zewnętrznego profesor, ale praktyczna placówka usługowa, która wręcz musi do siebie przyciągać nie tylko studentów, ale i lokalną społeczność. Miejsce, w którym teoria zderza się z praktyką, które – w pewnym sensie – staje się centrum życia towarzyskiego, kulturalnego, sportowego. Która z naszych uczelni wyższych pełni jednak dziś taką rolę i posiada odpowiednią rangę, aby narzucać pewne standardy? I nie zrzucałbym odpowiedzialności za taki stan wyłącznie na „zamkniętość” (jakoś zgrzyta mi to słowo, choć poprawne gramatycznie) naszych profesorów? Bo samą otwartością wykładowców nie da się przecież nagle zmienić źle działającego systemu, w którym upatrywałbym głównego winowajcę większości problemów coraz bardziej kulejącego polskiego szkolnictwa wyższego.

Wojciech Fułek
Trwa ładowanie komentarzy...