Kultura wzrostu czy wzrost kultury?

Hormon wzrostu

Lat już parę strzeliło od kiedy kryzys sobie hula po tej ziemi. U nas niby też jest, ale jakby go nie było. W Stanach niby był, ale niby nie ma, a w Europie poza nami (to wersja oficjalna) to chyba był i jest wszędzie. Na szczęście są Niemcy ze swoimi zasobnymi sakiewkami i szuflami dorzucają reszcie. Kryzys niby już zelżał, ale już widać, że nie zmieniło się praktycznie nic.
Nie jestem ani ekonomistą, ani finansistą, a wiedza moja nie jest poparta żadnymi kalkulatorskimi studiami. Wspierać się zatem bezczelnie będę wiedzą powszechną i własną. No i cudzą, gdzieś tam wyczytaną. No i z wiedzy mojej – nie ekonomicznej i nie finansowej, przypominam – wynika, że zasadniczy problem i przyczyna kryzysu trzyma się równie dobrze, co parę lat temu. Kryzys to oczywiście bańka budowlana i spekulacje ogromnymi kwotami po obu stronach Atlantyku, ale najważniejsza przyczyna kryzysu to oczywiście kultura. Dokładniej jest specyficzna odmiana – kultura wzrostu.
Ciągłe ciśnięcie, żeby wyżej, żeby dalej, żeby więcej, więcej i więcej – to skłania rynki i branże, żeby szukać zysków nawet tam, gdzie ich być nie powinno. No i krążyły sobie pieniądze fikcyjne, przefikcyjne po świecie. Pieniądze, których nikt nie widział, nikt nie dotykał, ale gdzieś tam były. Takie już fikcyjne góry tych przefikcyjnych pieniędzy sobie bankierzy usypali, że nie wiadomo było, co z nimi robić. Pewnie przesypywali sobie je fikcyjnie swoimi fikcyjnymi łopatkami.
Bo co innego robić w takim świecie, którym rządzi wzrost? Wszystko rośnie, rośnie, rośnie niczym kiedyś te pływaczki NRD-owskie, ale komu to służy – tego już nikt nie wie. Nikt też nie wie, na czym ta kultura wzrostu miałaby się zatrzymać. Nikt jej nie wymyślał, tak się sama wymyśliła, a wszyscy to przyjęli z dobrodziejstwem inwentarza. Potem wszystko huknęło, a teraz się znowu posklejało, i okazuje się, że kultura wzrostu nadal jest równie popularna, co kiedyś. W Polsce w szczególności, bo jako kraj ciągle na dorobku musimy sobie kupić mebelki pastelowe, telewizory szerokie i dzieci wychować wielce wykształcone. Wszystko lepsze i większe co sezon – dzieci nie wyłączając. Za mało też jesteśmy kryzysem dotknięci, żeby rozwijała się u nas gospodarka wypożyczania, która sporym powodzeniem cieszy się na zachodzie.
No i co teraz? Teraz biegniemy znowu pod górkę, pod górkę, pod górkę, a potem znowu spadać będziemy w wielkim zdziwieniu, bo nikt nam nie powiedział, że nie można rosnąć w nieskończoność. Bo komu wzrost jest potrzebny? Dobre życie ludziom jest potrzebne, a nie hormony wzrostu.
Jest taka nieśmiała sugestia, żeby może kulturę wzrostu kulturą osobistą zastąpić – może to by coś zmieniło. Może przysługi by ludzie chętniej wymieniali, niż akcje? Pomysł całkiem zacny, ale biorąc pod uwagę nasze postępy w rozwoju kultury osobistej, to już lepiej zostawmy sprawy tak, jak są. Zobaczymy, co będzie, jak już wszystko na tych hormonach urośnie do granicy swoich możliwości, jeśli takie w ogóle są.



Tadeusz Fułek














Wirus kryzysu

Fikcyjne, synu, to jest moje konto w ZUS-ie, bowiem okazuje się¸ że tak naprawdę – zarabiając w przeszłości więcej niż przeciętna pensja – wcale nie odkładałem w tym samym czasie więcej na swoją przyszłą państwową emeryturę, a zupełnie nieświadomie zasypywałem czarną dziurę w niewydolnym systemie. Dlaczego zresztą zusowska emerytura nazywana jest „państwową”, skoro to nie żadna łaska polskiego państwa składa się na te wypłaty, tylko najzupełniej prywatne comiesięczne składki?!
W przeciwieństwie do tego powyższego, moje indywidualne konto w OFE było zasilane moimi realnymi pieniędzmi i tak miało pozostać. Tak przynajmniej zapewniali mnie kilka lat temu politycy, wprowadzając wtedy rewolucyjną wręcz reformę polskiego systemu emerytalnego. Teraz (w części są to zresztą te same osoby) zapewniają, że przywłaszczenie sobie (zaraz, zaraz, czy ten efemizm nie oznacza przpadkiem zwykłej kradzieży?) – w majestacie prawa - moich pieniędzy, odłożonych na starość, jest realizowane w moim interesie. Ciekawa wolta, ale jednak bardziej wierzę tym, których poglądy w tej sprawie (jak np. Leszka Balcerowicza) nie zmieniły się w tej sprawie o 180°.
Ale zaganiajmy te nasze barany na kryzysową łączkę. Rzeczywiście ponoć nikt Kryzysu nie widział (no może z wyjątkiem wiernych fanów Brygady Kryzys), a w Polsce pod aktualnymi, jedynie słusznymi rządami, jest to pojęcie niemal tak wyklęte, jak Nergal przez katolików. Ale kryzys – niczym szatan (a niech się i Nergal ucieszy) hula sobie tymczasem po Polsce w najlepsze, przybierając (jak to szatan ma w zwyczaju) – różne postacie. Niestety (a może na szczęście?), synu, humanistami jesteśmy – z ducha i wykształcenia, zatem nasze ekonomiczne doświadczenia dość mizerne są, ale kryzys dotyka nie tylko realnych finansów i gospodarki, ale również sfery kultury, sztuki i właśnie ducha. To także kryzys autorytetów, wartości, pojęć i uczuć. I im jestem starszy, tym bardziej jestem przekonany, że to właśnie ten kryzys, który dewaluuje takie pojęcia jak miłość, honor, wiara czy ojczyzna, jest o wiele groźniejszy od tego finansowo-bankowego. Kultura wzrostu, a w zasadzie jej wszystkie konsumpcyjne przejawy to bowiem tylko zewnętrzne symptomy ciężkiej choroby, która drąży mieszkańców globalnej wioski XXI wieku. Zachwycamy się dynamicznym tańcem z licznymi figurami, podziwiając połyskujące stroje tancerzy, zapominając iż to taniec na wulkanie.

Przeczytałem poprzednie zdanie i aż się przeraziłem jego ogólną wymową. I zadumałem się nie tyle nad kondycją dookolnego świata, ile nad swoją własną. Na Kassandrę się bowiem zupełnie nie nadaję, zatem ponure wieszczenie końca współczesnego świata pozostawiam tymczasem innym.
Dlatego tym chętniej poprę twój apel, aby kulturę wzrostu zastąpić kulturą osobistą. Tylko czy ktokolwiek jeszcze – oprócz nas – potraktuje takie nawoływanie poważnie i się nim przejmie?
Bo przecież na kryzysowy wirus nie znaleziono jeszcze żadnego skutecznego antidotum. I jeśli system immunologiczny człowieka sam nie wytworzy żadnych przeciwciał, zwalczających skutecznie tego wszechobecnego wirusa, to będziemy nadal tak samo pięknie tańczyć na tym wulkanie, póki się on w końcu na dobre nie obudzi.

Wojciech Fułek
Trwa ładowanie komentarzy...