O autorze
Wojciech Fułek (rocznik 1957) - człowiek wielu zawodów i umiejętności, z ducha i serca - społecznik, Przewodniczący Rady Miasta Sopotu. Autor historii mola sopockiego, Opery Leśnej oraz wielu innych książek (m.in. wyróżnionego nagrodą Pro libro legendo "Kurortu w cieniu PRL-u"), scenariuszy filmów dokumentalnych, piosenek, wierszy, sztuk teatralnych oraz ojciec trójki całkiem udanych synów. Stale pisuje w "Toposie", "Rivierze" oraz na portalu www.my3miasto.pl. Urodzony w Sopocie, sopocianin od zawsze i na zawsze, jak stąd wyjeżdża - to nigdy na długo.

e-mail: wojciechfulek@kochamsopot.pl


Tadeusz Fułek (rocznik 1986) - absolwent kulturoznawstwa na Uniwerystecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, aktualnie mieszka w Warszawie, swoje teksty drukował m.in. w "Machinie", "Newsweeku", "Wysokich obcasach" i na portalach internetowych (stale publikuje m.in. na www.my3miasto.pl), pracuje w agencji reklamowej "Grey". Sopocianin, ale ciągle rzucany wiatrem zmian w nowe miejsca. Zbieżność nazwisk z Wojciechem - nieprzypadkowa.

e-mail: tadeusz.fulek@gmail.com

KASK A SPRAWA POLSKA

Medale i sportowa codzienność

Jak niemal każdy w naszym kraju jestem dumny z medali olimpijskich, przeżywam jak inni sportowe emocje, ciągle zastanawiając się przy tej okazji, dlaczego polskim sportem narodowym wciąż musi być piłka nożna, a przeciętny kopacz w II lidze na pewno zarabia znacznie więcej niż złoty medalista Zbigniew Bródka, na którego wyjazd do Soczi brakowało pieniędzy? Ciekaw jestem, czy jakikolwiek piłkarz wyszedłby na futbolowe boisko ze złamaną stopą, która nie przeszkodziła Justynie Kowalczyk w zdobyciu olimpijskiego złota? I żeby wszystko było jasne: nie mam nic przeciwko polskim piłkarzom (choć wolałbym, żeby największe swoje sukcesy świętowali z polską reprezentacją, a nie wyłącznie w zagranicznych klubach), ale upominam się (głosem wołającego na puszczy) o zachowanie odpowiednich proporcji. Nie tylko w zarobkach piłkarzy i sportowców z innych dyscyplin, ale obecności na telewizyjnych antenach, zainteresowania dziennikarzy, sponsorów i mecenasów. Ale wszystko – jak sądzę – bierze z obecności poszczególnych dyscyplin sportowych na poziomie szkolnym. Jeśli prześledzić kariery sportowe Kamila Stocha, Zbigniewa Bródki czy Justyny Kowalczyk okaże się, że ich sportowe predyspozycje jako pierwsi dostrzegli nauczyciele wychowania fizycznego. I jeśli nie zmarnowano ich talentu, to jednak na kolejnych etapach najwięcej zawdzięczają nasi mistrzowie nie tylko sami sobie i własnej determinacji, ale również temu, że ktoś na samym początku nie zgasił tej pierwszej iskierki, którą w nich dostrzeżono. Prawdę mówiąc, nie za bardzo wiem, jakim cudem np. nasi piłkarze ręczni osiągają takie sukcesy, skoro dziś uczniowie na lekcjach wychowania fizycznego nie tylko nie grają już w piłkę ręczną, ale nawet nie poznają jej podstawowych reguł. Jakim cudem strażak z Łowicza, który zaczynał swoją łyżwiarskie karierę od zamarzniętego stawu, nagle wygrywa z Holendrem, dla którego jest to sport narodowy, kultywowany przez pokolenia?!
Praktycznie jedyny wielki sukces sportowy, który nie poszedł na marne i przyniósł po latach wymierne efekty – to era dominacji na skoczniach Adama Małysza. Bo popularność jakiegokolwiek mistrza należy przecież zawsze w pierwszej kolejności przekuć w popularność uprawianej przez niego dyscypliny sportowej i stworzyć sprawny system wspierania szkolenia dzieci i młodzieży, zapatrzonych w mistrza. Jako aktywny tenisista, mam nadzieję, że podobny efekt promocyjnej kuli śnieżnej przyniosą też sukcesy Agnieszki Radwańskiej, Jerzego Janowicza i Łukasza Kubota. Póki co, mimo doskonałych warunków treningowych, na kortach i halach Sopockiego Klubu Tenisowego dominują młodzi zawodnicy, zbierający punkty dla zupełnie innych drużyn, ponieważ klubu ze 100-letnią historią nie stać zwyczajnie na ich utrzymanie. Z kolejnych kortów pozbyto się zasłużonego sportowego stowarzyszenia i stoją one zamknięte na głucho, mimo, że dysponują one bazą całoroczną. Podobnie dzieje się z legendą polskiego rugby – sopockim klubem „Ogniwo”, który od lat nie może doczekać się obiecywanej modernizacji swojego boiska. Kilometr dalej rozpoczyna się w tym samym czasie budowę pełnowymiarowego boiska do piłki nożnej. Czy tylko dlatego, że mieszkaniec Sopotu, premier Tusk lubi „poharatać w gałę”, podobnie jak Prezydent kurortu? Czy może dlatego, że piłka nożna to ciągle nasz sport narodowy?

Wojciech Fułek


Kask a sprawa polska
Oho, jak to mawiają (a raczej pisują) sportowi dziennikarze – worek z medalami się rozwiązał. Posypało się na nas złoto, Polska olimpijską potęgą, jak równy z równym z największymi stoimy. No to teraz idźmy za ciosem! Kształćmy młodzież – niech idzie w ślady mistrzów! Tory dla panczenistów przy każdej podstawówce, skocznie narciarskie od Giewontu aż po Bałtyk, trasy do biegania na nartach zamiast bieżni. A na boiskach marchewki sadźmy, przecież i tak się nie przydają.
Słodka to wizja, już mi przed oczyma staje polska młodzież setkami garnąca się do sportów zimowych. Już widzę to podium na Igrzyskach w 2022 całe w biało-czerwonych barwach. Słodka to wizja, ale jeden szkopuł tylko malutki spać mi nie daje, ot drobnostka taka, kamyczek w bucie. Otóż w głębi duszy głęboko bardzo przekonany jestem, i to przekonanie na całą moją osobę promieniuje, iż łyżwiarstwo szybkie durne jest troszeczkę, a skoki narciarskie są sportem z gruntu debilnym.
Trzeba być doprawdy wyobraźni pozbawionym, żeby chociażby pomyśleć o wejściu na wielką górę, rozpędzeniu się na nartach na całej długości skoczni, a potem jeszcze o wyskoczeniu i przeleceniu tych iluśset metrów z nadzieją na wylądowanie. No i zapomniałem dodać – wylądowanie z pięknym przykucnięciem. Takie zachowanie prędzej się kwalifikuje do programów typu Jackass, ale ktoś po drodze stwierdził, że świetny z tego materiał na sport. I tak teraz Polacy z procy swoich urojonych marzeń o wielkości wystrzeliwują dorodną młodzież góralską w powietrze, żeby móc powiedzieć, że jesteśmy w czymś potęgą.
Paru jeszcze śmiałków skaczących sobie hobbystycznie przeboleję – każdy lubi coś innego. Jednak pomysł, aby skłaniać do naśladownictwa młodzież klasyfikuje się już do segmentu „poronione”. Gdzieś mam nasze olimpijskie medale – zimowe, letnie, jesienne, jakie bądź. Ani ziębią mnie, ani grzeją klęski naszej drużyny piłkarskiej i triumfy siatkarzy. A już najbardziej spływają po mnie brylujący na światowych kortach tenisiści i tenisistki z nazwiskiem na -ski. Wszystko to oddać bym mógł, żeby tylko Pan Staszek (i każdy inny Pan Zbyszek, Mirek, Helenka i Kryśka) ruszył swą o kilogramów 30 za ciężką żyć z fotela i poszedł z kolegami za piłką pobiegać, albo porozciągać się na świeżym powietrzu. Niechże Kryspin, syn Pana Staszka, na siatkę pójdzie z kolegami, a żona jego Kasia niechże chociaż poplotkuje z Danutą przy Nordic Walkingu, a nie przy kawce sypanej, z 2 kostkami cukru. A teraz to Pan Staszek siedzi z piweńkiem w fotelu i gały wyślepia, czy też to Stoch doleci, czy nie doleci. Ziut – no i doleciał, jest medal, ciesz się Staszku przez dwa dni. No chyba że jutro pikawa siądzie, bo nie biegałeś od liceum.
Dlatego też niechże rząd buduje Orliki, niech samorządy finansują boiska, bieżnie, siłownie na świeżym powietrzu. Żeby ludzi z domów wyciągnąć trzeba jeszcze dodatkowe środki przedsięwziąć, ale boisko to już jakiś start. Lepszy na pewno niż kompensowanie sobie trudów życia zwycięstwami jakiś górali w sporcie, który z niewiadomych jeszcze powodów nie jest zaliczany do ekstremalnych. Pewnie przez te kaski – tak, kaski zdecydowanie sprawiają, że ten sport jest o niebo bezpieczniejszy.

Tadeusz Fułek
Trwa ładowanie komentarzy...